Życie codzienne i projektowanie statków w Finlandii
Jestes gosciem numer:
czwartek, 22 marca 2012

Przedwczoraj byla równonoc, zwana też ekwinokcjum, więc dziś o dwóch okrętowych równonocach z zupełnie innej bajki:

EQUINOX to nazwa nowej serii masowców (statków do przewozu ładunków sypkich) zamówionych w Chinach przez kanadyjskiego armatora. Projekt jest oczywiście nasz. Robiłem juz na tą serię z trzy analizy sprawdzające czy się nie złamie w drodze z Chin do wschodniej Kanady (przez Pacyfik, Panamę, Karaiby i US East Coast do ujścia rzeki św. Wawrzyńca. (St Lawrence Seaway). Teraz liczę czy da się na nim żyć w czasie pacyficznego sztormu (liczę przyspieszenia działające na ludzi/sprzęt gdy statek buja się na fali) i czy fale nie zdemolują sprzętu na pokładzie (green water risk assessment). Fajną reklamowkę nowej serii nakrecił armator (link a tam  Equinox Class i Equinox CLass: a New Era)

EQUINOX to też nazwa firmy armatorskiej specjalizującej się w jednostkach hotelowo-naprawczych dla przemysłu offshore. Niedawno singapurska stocznia Sembawang zdobyła kontrakt na przebudowę 15-letniego promu na taką Accomodation and Repair Vessel dla brazylijskiego potentata Petrobras. Kilka bardziej skomplikowanych analiz projektowych zlecili nam, więc teraz robię coś co nazywa się Gap Analysis, na nasze można to przetlumaczyć jako Analizę Rozbieżności (pomiędzy przepisami a instniejącym projektem). Naprawdopodobniej bedę też robić analizę dynamicznego pozycjonowania (DP capability plots).

Poza tym w planie kolejne wyskoki do Paryza i Houston jako wsparcie dzialu sprzedarzy (ostatnio mocno ... przeorganizowanego) a potem małe wakacje, wypad do Rio na konferencję (gdzie mam prezentację swojej publikacji)  i Wielki Projekt Przeprowadzki (WPP).

14:20, finzynier , w pracy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 października 2011

Ostatni rok upłynął pod znakiem zmian. Począwszy od zdrowotnych po zawodowe. Na szczęście to, co najważniejsze (czyli rodzina) pozostaje bez zmian – bezpieczne i kochane.

Zmienilo się chociażby moje biuro – z open-space wróciłem do normalnego pokoju, i to z b.fajnym współlokatorem – Markiem, pogodnym Holendrem (i tak jedyni dwaj obcokrajwcy siedzą razem).

Zmieniła się nazwa mojego stanowiska – z Naval Architecta zostałem Project Engineerem. Na szczęście nie oznacza to zaprzestania pracy nad dokumentami techniczno-merytorycznymi,  a jedynie trochę więcej obowiązów administracyjno-handlowych. Aby „sprostać” nazwie nowego stanowiska prowadzę coraz więcej projektów, w ostatnim roku uzbierały sie 4 nowe. Dwa z nich są warte kilku słów więcej.

Rozpoczęty jeszcze w zeszłym roku projekt parametrycznego promu jest właśnie na ukończeniu drugiego etapu. Pierwszy, prowadzony przeze mnie od lutego do października zeszłego roku, zakończył się sukcesem i prezentacją na targach Interferry (info tutaj). W listopadzie nasz partner zgodził się współfinansować drugi etap (zawierający m.in badania modelowe w MARIN), na którym zostałem Project Engineerem (takim zastępcą Project Managera do spraw „techniczych”).  Ten etap miał zakończyć się w okolicach połowy roku, ale mieliśmy trochę problemów personalnych (odszedł Project Manager i główny hydromechanik), więc przeciągnęło sie to do września. Wygląda na to, że mamy teraz gotowy produkt, więc nic tylko go sprzedawać (najnowsze info).

W styczniu złożylismy ofertę dla nowopowstałej, amerykańskiej filii chińskiego koncernu stoczniowego Wison na parametryczne FPSO. Musiałem szybko wyrobić amerykańską wizę, a wiązało się to z 3 dniami zbierania i wypełniania dokumentów, podróżą do Tallina (bo amasada w Helsinkach akurat zamknięta) i ... 5-minutową rozmową z konsulem. Potem 3 wizyty w Houston w ciągu 3 miesięcy, w tym jedna 10-dniowa obejmująca też podsumowanie projektu i jego prezentacja na targach OTC (filmik tutaj). Projekt zakończony sukcesem (on time/within budget), ale bez kontynuacji – rynek offshore wciąż w niejakim zawieszeniu w oczekiwaniu na rozwój sytuacji na globalnych rynkach finansowych – a ta jak wiadomo nie najlepsza.

Mój najnowszy projekt też jest bardzo ciekawy, ale równie poufny, więc dam znać jak wyjdzie jakaś oficjalna notka prasowa. Powiem tylko, że nigdy się nie spodziewałem, że będę latał do swojego rodzinnego miasta na spotkania z Klientem.

Zmieni się też pewnie miesce naszego zamieszkania – wszystko wskazuje, że za jakiś rok wracamy do kraju. Wyląduję pewnie w polskiej filii mojej firmy, która notabene poszukuje nowych pracowników (hydromechnik, teoretyk, szef pracowni maszynowej i elektryk) - ogłoszenie tutaj.

15:12, finzynier , w pracy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 sierpnia 2010

Pod koniec lipca byliśmy na przedłużonym weekendzie na Wyspach Alandzkich. Mimo, że wyspy leżą dosyć blisko nigdy nie zebraliśmy się ich odwiedzić (nie licząc nocnych postojów przy okazji rejsów do Sztokholmu).

O samych Alandach nie będę pisał, wiedza encyklopedyczna jest tutaj i tutaj, a informacja turystyczna tutaj. Finżynierowy fotoreportarz poniżej:

Ruszyliśmy w sobotę rano promem GALAXY operatora Tallink Silja. Nasza córka bacznie przyglądała się mijanym wyspom turuńskiego archipelagu:

 

Przy wejściu do Marienhamn spotkanie dużej foczki (Silja to po fińsku foka) z małym wikingiem. Tym większym wracaliśmy w poniedziałek.

Sama stolica tego autonomicznego regionu niezbyt imponująca, z ciekawych rzeczy jedynie świenie zachowany i opisany w trzech językach żaglowiec POMMERN (czyli Pomorze). Spędziłem na pokładzie prawie godzinę a i tak przez ładownie musiałem już jedynie przejść szybkim krokiem bez zatrzymywanie się przy ekspozycjach.

 

Jedna z ciekawostek z wizyty na żaglowcu to mapa Europy wisząca w ładowni, na oko z lat 40-50 XX w, gdzie Ziemie Zachodnie (zwane też Odzyskanymi) są niby w granicach Polski, ale pokolorowane są jak reszta Niemiec ...

 

 

Nocowaliśmy na Presto Camping na wysepce Presto, we wschodniej części archipelagu, ale w niedzielę pojechaliśmy do Eckero na zachodzie. Jedyna istotna budowla w tym miasteczku to budynek poczty (w XIX najbardziej na zachód wysunięta poczta Cesarstwa Rosyjskiego). W głównym budynku wystawa mini-rzeźb fajnie oddająca indywidualizm i samotność nordyckich narodów:

 

Samo muzeum poczty to śmiechu warty pokoik, zupełnie nie wart polecenia. Dlatego też po wysłaniu kartki do rodziny (z dosyć unikalnym , bo alandzkim znaczkiem) wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na północny kraniec, do wsi Geta. Spod restauracji na Getabergen ruszyliśmy na szlak w kierunku jaskiń. Najpierw mieliśmy trochę widoków

 

 

przez które zboczyliśmy z trasy i musieliśmy żwawo pomaszerować:

 

 

aby dotrzeć do jaskiń. Same "jamy" niezbyt duże i oczywiście zupełnie nieporównywalne do tego co widzieliśmy miesiąc wcześniej w Tatrach, ale też ciekawe.

 

 

Nie zabrakło też miejsc całkiem górskich i wymagających przeciskania się między skałami

 

 

Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie twierdzy Bomarsund, zbudowanej przez Rosjan a zniszczonej przez Anglików i Francuzów  w czasie bałtyckiego epizodu wojny krymskiej. Zaraz przed zachodem słońca dotarliśmy do jednej z wysunętych baterii, która zrobiła na nas wrażenie:

 

 

W poniedziałek rano zwiedziliśmy jeszcze zamek Kastelholm, a właściwie jego ruiny:

 

A wczesnym popołudniem wsiedliśmy na prom SILJA EUROPA i blisko podążając za GALAXY (któm przypłynęliśmy w sobotę) pożegnaliśmy Alandy i popłyneliśmy na wschód - do Turku dotarliśmy ok. 18.

 

 

W sumie wyprawa bardzo udana, i to mimo niezbyt pomyślnej pogody. Region do polecenia każdemu lubiącemu surowe, nordyckie klimaty.

środa, 07 lipca 2010

..  a ja zaniedbuję mój internetowy dzienik strasznie. Więc (od którego nie powinno się zaczynac zdania) znów mały update, znów w punktach, znów wielka mieszanka służbowo-prywatna:

- od lutego (czyli ostatniego wpisu) w firmie spory ruch, rozkręcił się projekt standardowego promu, który prowadzę. Wstępny plan mówił o zakończeniu do końca maja, ale w związku ze zmianami uzgodnionymi z naszymi partnerami na tym projekcie, sprawa przeciągnie się do początku sierpnia. Oficjalne ogłoszenie projektu (bo to nie zwykły projekt dla klienta a bardziej skomplikowane narzędzie marketingowe) na początku października na konferencji INTERFERRY w NY.

- na początku maja skończyliśmy pierwszy raport nt. wytrzymałości wzdłużnej masowca-jeziorowca w czasie podróży oceanicznej, trwa dyskusja o wynikach, prawdopodobnie spory update będzie potrzebny

- pomagam też trochę we wstępnym projekcie bardzo nowatorskiego ciężarowca wpływnego, ale to na razie projekt top secret, więc sza !

- w firmie reorganizacja, nasz dział zmniejszono (kadłubowcy i siłowniarze z Concept Developmenet przeszli do działów Engineering, szerzyc umiejętnośc wstępnego projektowania) i przeniesiono do głównego budynku, teraz zamiast klimatyzowanego pokoju z oknem mam małego kubika w openspace, z marną wentylacja i świetlikiem w suficie - postęp jak cholera

- wciąż rosnie polska filia firmy, co jakis czas zatrudniają nowe osoby, w Polsce ma byc wykonana większośc dokumntacji na norweski prom (którego kadłub zbuduje St. Gdańska, więc pewnie nadzór też przypadnie polskiej filii) - projekt techniczny kadłuba już na ukończeniu

- kilka ciekawych małych projektow offshore  zahaczyłem w między-czasie, m.in ulotka nt FPSO z dziobem X-bow, zaprezentowana na OTC w Houston na początku maja oraz jakieś oferty  na australijskie projekty gazowe

- pod koniec maja byłem w Londynie na konferencji nt. DP, spotkałem kilka ciekawych osób, choc konferencja mocno operacyjno-zeglugowa, a nie projektowo-techniczna. Znalazłem czas, aby wyskoczyc do Natural History Museum i na wieczorne spacery wzdłuż Tamizy i do Hyde Parku

- generalnie maj upłynął pod znakiem wypadów do Helsinek, byłem 3x w sprawach uczelnianych, raz w sprawie książki na 20-lecie firmy i raz (na dwa dni) na spotkaniu z partnerami projektu standardowego promu

- za to czerwiec to wakacje w kraju. Najwygodniejsza opcja transportowa okazała się też najtańsza - Panie poleciały Wizzem a ja z autem popłynąłem promem. Nie obyło się bez przygód - w związku ze zderzeniem z ptakiem samolot  do Gdańska zamiast w poniedziałek zawiózł Panie do Polski dopiero w środę. W Trójmieście najpierw impreza na 5. rocznicę naszego ślubu, potem przeskok przez Polske do Zakopca (Kościeliska konkretnie). Tam głównie mgła i deszcz - mimo to wdrapałem się na Rysy ale spod Zawratu musieliśmy zawrócic (zbyt dużo śniego od strony Hali Gąsienicowej a my bez raków czy czekana). Całkiem przyzwoicie wyszło za to testowanie układu "dziś my w gory a wy z dziecmi po dolinach, jutro zamiana" z rodziną żoninego brata (szwagra?)

- w ostatnią sobotę przebiegłem półmaraton przy okazji Paavo Nurmi marathon, wykręciłem całkiem dobry czas (poniżej 2h) jak na oczekiwania. I to mimo wybitnie nie-fińskiej pogody (żarówa i 30st)

- lipiec spędzamy na miejscu, mam nadzieję, że uda się powiosłowac trochę na canoe

- seria grenlandzka będzie kontynuowana, najlepsze zdjęcia jeszcze się pojawią

- po ponadrocznych podchodach w końcu sprawiłem sobie pierwszy w  źyciu zegarek automatyczny, Tissot Le Locle (rocznica ślubu to dobry pretekst)

Tyle na dziś, nic nie obiecuję w sprawie regularności wpisów, zobaczymy jak wyjdzie ....

czwartek, 20 maja 2010

Dzień 3 – 1 grudnia 2005, czwartek

Fotorelacja: na Picassie (dziś tylko dwa zdjęcia, ciekawe, ale kiepskiej jakości)

Dzisiaj pracowicie się zaczęło – jest już 12.30 czasu statkowego a ja jestem pierwszy raz dłużej na mostku. Po kolei zaś – ok. 3.00 w nocy obudziły mnie SMSy – przez jakiś czas byliśmy w zasięgu nadajników na Szetlandach lub Orkadach. Skorzystałem ze sposobności i wysłałem kilka SMSow. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem światła na Szetlandach. Wstałem kilkanaście minut przed ósmą, pobiegłem na śniadanie a prosto po nim do biura przegadać zgłoszenia reklamacyjne ze Steenem, Clausem i Boernem (kapitanem). Rozmowa nie była łatwa, ale jakoś szło, o wiele sympatyczniej niż z Larsem przez telefon. O 10 zrobiliśmy krótką przerwę na kawę, w trakcie której pognałem na mostek zobaczyć z oddali pola naftowe Schiehallion (samego FPSO nie dostrzegłem) i Foinaven (z dobrze widoczną platformą półzanurzalną i FPSO Petrojarl oraz jednostką stand-by) – byliśmy wtedy na pozycji 60^15.9'N, 4^30.8'W, pole na północ od nas z 10 mil. Po powrocie ciąg dalszy claimów, tym razem już trochę luźniej, bo i claimy nowsze, nie do końca zbadane. W sumie trochę po 11 skończyliśmy, poszedłem przejść się wtedy po pokładzie, potem ze Steenem zrobiliśmy obchód drzwi wodoszczelnych i cieknących przejść kablowych, potem jeszcze zwiedziliśmy pod kątem reklamacji całą siłownię. I tak zszedł czas do 12, czyli lunchu. Teraz przyszedłem na mostek popisać i pogrzebać w papierach i plikach, zaplanować sobie pracę na nadchodzące dni oraz przygotować korespondencję do wysłania. Pogoda na zewnątrz jest znakomita, buja dziś zdecydowanie mniej, świeci słońce, jest 10 stopni na plusie. My wciąż kierujemy się kursem 293, zostało nam ok. 430 mil do wybrzeży Islandii (czyli niecałe 30h). Już wiem jak wysyłać maile, więc najpóźniej wieczorem wyślę kilka.

 No to mamy już 15.40, a ja wciąż na mostku. Robi się już szarawo, a my wciąż płyniemy na zachód (obecnie ok. 35 mil na południe od Wysp Owczych). Plan działania mniej więcej ułożony, kwestia grzania okien w sterówce rozpoznana, pogrzebałem w kabelkach z 45 minut ale bez rezultatu, coraz bardziej prawdopodobne, że błąd leży w samej szybie. Zaraz schodzę na dół wysłać maile, może jutro rano już dotrą do odbiorców. Zidentyfikowalem numer i przetestowalem faks satelitarny na mostku.

Po wysłaniu maili podszedłem do salonu (recreation room) doczytałem wtorkowy Puls Biznesu, obejrzałem album ze zdjęciami ze chrztu MARY, poczekałem na innych, wypiliśmy po tradycyjnym o 17 piwie, zamieniliśmy kilka grzecznościowych zdań ze Steenem (o żonę, mieszkanie), Claus potwierdził puszczenie na satelitę moich maili.

Skończyłem czytać zaległe gazety, jest 20, jak skończę uzupełniać dziennik to małą godzinkę poszperam w dokumentacji na temat różnych claimów zanim usiądę do czytania. W tle koncert Jarre'a, statkiem trochę mocniej kiwa, choć na szczęście głównie wzdłużnie. Właśnie wróciłem z mostka, tam trwała zmiana wachty, jesteśmy na pozycji 61^19.6' N i 9^28.6' W (czyli najbardziej na północ i zachód w moim życiu!!! - oba rekordy jeszcze wielokrotnie do pobicia w tej niezwykłej podróży). Wciąż płyniemy kursem 293 celując na południowe brzegi Islandii, zostało do nich 310 mil, czyli ok. 20.5h płynięcia (czyli jest szansa obejrzeć jutro przed zmrokiem brzegi Islandii !) Na mostku wyłączono sondę, płyniemy uczciwe 16.7-17.4 węzła, wiatr zmienny, głownie od rufy (tak wskazuje widoczny nad ładowniami dym z komina).

 

 

środa, 10 marca 2010

Dzień 2 – 30 listopada 2005, środa

Fotorelacja: na Picassie

Dzień zaczął się zupełnie spokojnie, pobudka ok. 7.30, za 10 ósma krótka wizyta na mostku  - sprawdziły się moje przewidywania, jesteśmy kilkanaście mil od brzegów Norwegii (w okolicach Kristiansand, 57^53.4'N, 8^26.7'E, kurs 273). Po śniadaniu powrót na mostek, trochę zdjęć, porządki w papierach, po 9 krótka wycieczka z Janem (1st officer) nt zasad bezpieczeństwa. O 10.30  próbne alarmy pożarowy i łodziowy. O 10.45 dotarliśmy na pozycję 57^56'N, 7^3'E czyli zwrot na kurs 292 (następny punkt zwrotny to rejon wyspy Fair, między Orkadami a Szetlandami – 59^42.3'N, 1^28'W, zostało do niego 285 mil, czyli ok. 20h). Z map wynika, że ok. Północy będziemy przepływali kilka mil od platform wiertniczych. W międzyczasie dostałem faksem swoją polisę ubezpieczeniową Po 12 zszedłem na lunch, przy nim rozmowa z Thorsenem z Lyngsoe. Po posiłku chciałem wziąć laptopa na mostek i popracować ciut na nim ale bateria pokazywała 4% i komputer się wyłączał. O 13.10 zszedłem więc na dół popisać dziennik, jak skończę to przymierzę się do wprowadzenia nowego software'u do rozdzielnicy sprężarek prowiantowych.

No to mamy 16.00, mniej więcej godzinę zajęło mi wprowadzenie nowego oprogramowania do sterownika rozdzielnicy sprężarki chłodni prowiantowej – zakończone sukcesem (nawet Claus mi pogratulował), choć tylko połowicznym, bo wciąż nie mogą uruchomić sprężarki no 2, zdaje się, że brakuje jakiegoś elementu elektrycznego w rozdzielnicy – sprawdzę w W9. Pozostały czas spędziłem na mostku i na rozmowie z Clausem (luźnej, prawie przyjacielskiej), a poza tym na utrzymaniu się na nogach, bo buja coraz mocniej (choć to tylko zachodnia martwa fala – swell) – nie wiem jak ostatecznie zareaguje mój żołądek, na razie lekko mi mdławo i czuję się lekko otumaniony. Jakoś to będzie. Za godzinę schodzę na piwo, a potem kolacja. 

Już po kolacji a żołądek działa normalnie (w odróżnieniu do Toerna z Lyngsoe:-) Przed 17 poczytałem sobie trochę nt Illulisat i Grenlandii w ogóle, przy piwie miła pogawędka z Clausem na niezobowiązujące tematy – umówiliśmy się na jutro rano na przegląd reklamacji. Steen zaoferował mi dostęp do poczty, więc pewnie za dzień czy dwa wyślę pierwszy zestaw maili.

 Przed 21 zjawiłem się w sterówce (początkowo chciałem tylko sprawdzić gdzie jesteśmy przed pójściem do salonu poczytać gazety, ale zostałem tam ponad godzinę – a wszystko przez wieże wiertnicze i wydobywcze, dosłownie kilka mil od nas ! - widoczne jak na dłoni oświetlone części przetwórcze, świecące mocno flary gazowe i jednostki Stand-by and rescue kręcące się wokół! Konkretnie o 22 byliśmy na pozycji 59^2' N, 1^53' E (nazywa się to Holene Walker Bank, ok 110 m głębokości), East Brae field (świetnie widoczne, chyba platforma posadowiona tzn gravity base) 11 mil od nas na azymucie 206, Balder i Ringhorne już za nami na azymucie 59, 17 mil (chyba FPSO), po prawej pola Harding i Bergen (ok. 13 mil, na 310 stopniach). Do zwrotu na dokładny zachód w okolicy wyspy Fair zostało nam 110 mil, czyli ok. 7.5h, więc raczej nie zobaczę ani wyspy, ani Orkadów czy Szetlandów, szkoda, może w drodze powrotnej. Aha, dziś pierwszy raz śpimy godzinę dłużej, jeszcze 3 takie zmiany przed nami (Grenlandia jest GMT-3).

 

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dzień 1 – 29 listopada 2005, wtorek

Fotorelacja: na Picassie

Dzień zaczął się wcześnie, bo kilka minut po 5 rano. Po zaśnieżonych, ciemnych ulicach, z małym opóźnieniem podjechaliśmy z milczącą M. na lotnisko. Tam, jako spóźnialski i ostatni w kolejce zostałem delikatnie zjechany przez panią na check-inie, ale za to nie musiałem dopłacać za prawie 10 kg nadliczbowego bagażu. W związku z całą sytuacją szybko pożegnałem się z M. i pognałem do odprawy paszportowej (może to i lepiej, obyło się bez przedłużającego się, łzawego pożegnania).

 Lot jak to lot, bez historii, ciemno a potem chmury. Na moim ulubionym lotnisku w Kopenhadze długi marsz do bramki A34, kwadrans czekania i 30-minutowy lot do Aalborga. Jedynie końcówka lotu była ciekawa, ładnie było widać zarówno ujście rzeki nad którą leży Aalborg jak i samą MARY stojącą w porcie. Po wylądowaniu w taksówkę i kilka minut po 10 zameldowałem się na statku. Jeszcze przed przydzieleniem kabiny poszedłem na krótką wycieczkę po statku i spotkałem serwisantów z Towimoru. Ich usterka okazała się niegroźna i właśnie kończyli ją naprawiać. Gorn (schodzący kapitan) przydzielił mi kabinę pilota (905) na 9 pokładzie – czyli dokładnie ta której się spodziewałem i sobie wymarzyłem. Szybko rozłożyłem swoje szpargały po półkach i szufladach i poszedłem na bardziej gruntowny obchód (znanego już na pamięć) statku. Po drodze spotkałem Clausa z Larsem (raczej chłodne przywitanie), poza tym Petera. Chwilę pogadałem z Tommym, drugim oficerem pokładowym (sympatyczny gość) i pokręciłem się po statku. Potem powalczyłem trochę z laptopem (zachciało się laikowi aktualizować sterownik do karty graficznej:-). Ok. 13 poszedłem na pokład pooglądać podejście bunkierki BALTIC SWAN i rozpoczęcie operacji bunkrowania (w międzyczasie Lars oprowadza po statku wycieczkę ludków z technikum mechanicznego lub czegoś podobnego).

 W tym momencie jest 15.55, bunkierka wciąż przy burcie, na pokład wędruje powoli ostatnia warstwa kontenerów, podobno ok. 19 ruszamy. A teraz główne zadania przede mną to odpowiednie przedstawienie się załodze (najlepiej tak jak z Tommim) oraz, ewentualnie, rozmowa z Larsem (oby nie!!!).

 Właśnie minęła 18, wróciłem z kolacji (zupka z klopsikami, kotlet z warzywami w sosie). Przedtem pogadałem trochę z Clausem, dłużej z Kapitanem (Borge, czytają to jak Bowe) o pogodzie, lodach i innych drobiazgach. Poza tym ze starszym oficerem pokładowym (chief officer Hendrik) o kalkulatorze załadunku i napełnianiu zbiornika „flumen”. Przy pokolacyjnej kawie umówiłem się ze Steenem na pojutrze na przegląd reklamacji. Relacje z załogą jakoś sie układają, choć zdarza im się rzucić jakąś kąśliwą uwagę nt stoczni. Jakoś to będzie. Rozmowy z Larsem nie doczekałem, i dobrze, co miałbym mu powiedzieć? Pogrzebię teraz trochę w komputerze (czekając na smsową odpowiedź M.).

 Siedząc i grzebiąc przegapiłem moment odpalenia silnika głównego (o 19.45), ku memu zaskoczeniu już kilkanaście minut później rzuciliśmy cumy i prawie punktualnie o 20.00 odbiliśmy od nabrzeża portu w Aalborgu. Na mostku rządzi kapitan z pilotem, Tomi zarządza załogą pokładową. Po kilku zwrotach których wymagała krętość rzeki Langerak o 21.00 mijamy główki Hals i wypływamy na otwarte morze (mimo, że to właściwie Kattegat i mnóstwo płycizn dookoła). Gdzieś od 20.30 zapada gęsta mgła, wg obserwacji ok. 21.30 zasięg widzialności nie przekracza  pół mili. O 21.45 zsiada pilot i kapitan zostaje sam na mostku. Teraz czeka nas wielka pętla wokół północno-wschodniego cypla Danii, szacuję, że jutro jak wstanę na śniadanie (ok. 8.00) będziemy przy brzegach Norwegii (obieramy trasę północną, przez Wyspy Owcze i aż pod Islandię).

 Tyle wrażeń na dzisiaj, oj długi to był dzień.

niedziela, 31 stycznia 2010

Pierwsze trzy lata mojej pracy zawodowej spędziłem w biurze projektowym jednej z trójmiejskich stoczni. Pierwszym poważniejszym zadaniem było asystowanie głównemu projektantowi w czasie budowy kontenerowca ze wzmocnieniami lodowymi dla grenlandzkiego armatora Royal Arctic Line. Trochę wrażeń z tego zadania (oraz zdjęć) znajdziecie z czasem w zakładce "budowa kontenerowca" powyżej. Jak tylko zobaczyłem, że w kontrakcie jest wymóg wysłania przedstawiciela stoczni jako inżyniera gwarancyjnego na 3 miesiące na pokład statku zacząłem czynić starania, abym to ja został tą osobą. Udało mi się dopiąć swego, ale szybko przekonałem się, że sama funkcja jest dosyć niewdzięczna - musisz się tłumaczyć z każdego stoczniowego bubla, świecić oczami nie tylko za projektantów, ale i stoczniowych spawaczy, rurarz i elektryków jak i producentów zamontowanych na statku urządzeń. Poza upragnionym rejsem rozpatrzyłem ok. 170 reklamacji (w ciągu roku trwania gwarancji), kilkanaście godzin spędziłem na rozmowach telefonicznych z superintendentem (przedstawicielem armatora), tydzień zabrała mi wyprawa do Danii z brygadą elektryków , poza tym zawracałem głowę wielu ludziom w stoczni, którzy już dawno 'zapomnieli', że taki statek wogóle budowaliśmy. Na koniec statek przyszedł do naszej stocznia na dokowanie i załatwienie  ostatnich reklamacji, więc prawie tydzień biegania po stoczni aby zdążyć z wszystkim na czas. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto, nie tylko ze względu na rejs, ale również ze względu na ogrom doświadczeń, których nigdy bym nie zdobył zza projektanckiego biurka.

Cykl Grenlandia2005 będzie relacją z trzygodniowego rejsu na trasie Dania-Grenlandia-Dania, który odbyłem jako przedstawiciel stoczni w listopadzie-grudniu 2005 roku. Ponieważ prowadziłem w czasie tej wyprawy dziennik/pamiętnik, każdy wpis poświęcę jednej dobie, czasem wrzucę jakieś zdjęcie, ale pełem zestaw zdjęć na każdy dzień umieszczę na Picassie, na dole notki będzie zawsze odnośnik do odpowiedniego katalogu. Wpisy będę lekko tylko zedytowaną wersją zapisków, więc pojawią się najprzeróżniejsze spostrzeżenia i uwagi, mam nadzieję, że ciekawe nie tylko dla mnie. Nie będę też ukrywać, że bardzo okrojona (do ok. 3 stron A4) wersja moich wspomnień z tej wyprawy ukazała się drukiem w miesięczniku Nasze Morze (numer 3/2006), ale ponieważ nie przekazywałem nikomu praw autorkich do tekstu czy zdjęć, więc nie widzę przeszkód, aby teraz pełną wersję wspomnień opublikować on-line.

Miłego czytania i komentowania, pierwszy odcinek już za kilka dni

sobota, 30 stycznia 2010

Duch Murphy'ego unosi się nad moją pracą w ostatnim tygodniu: jak nie masz zajęcia przez dłuższy czas to na pewno zaraz przyjdzie moment, gdy będziesz ich miał tyle, że nie będziesz w stanie ich ogarnąć. No i proszę - po ponad dwóch miesiąsach dłubania niepotrzebnych (na razie) programików w czwartek wystartował projekt ofertowy modułu generatorów dieslowych (na FPSO czyli "pływającą rafinerię", która będzie zakotwiczona u wybrzeży Brazyli) oraz kontynuacja obliczeń dynamicznego pozycjonowania dla statku wierniczego. W przyszłym tygodniu ruszy projekt koncepcyjny promu (podobno mam go poprowadzić) a jak znajdę chwilę, to mam jeszcze do zrobienia planowanie transoceanicznej podróży nie-do-końca-oceaniczniego statku (konkretnie lakera-jeziorowca, do żeglugi po Wielkich Jeziorach na granicy USA-Kanada) - czyli wytrzymałość wzdłużna na fali. Nie żebym narzekał - zdecydowanie wolę nadmiar pracy niż niedomiar.

A taki niedomiar będzie miała firma jako całość po tym jak pod koniec lutego skończy się projekt statku, o którym pisałem tutaj. Dotyczy to również znajomych z polskiej filii naszej Firmy, którzy wrócą do kraju (bo od dobrych kilku miesięcy siedzą u na w Raisio) i pójdą na przymusowy urlop. Generalnie sposób w jaki szefostwo Firmy ich  traktuje jest znacznie mniej profesjonalny niż się spodziewałem - ale to niezbyt dobry temat na publiczne rozważania. Dość, że może się zdarzyć, że polska placówka nie będzie już istniała za te kilka lat jak wrócimy do kraju - a to nie brzmi zbyt dobrze.

Jedną z osób mających wpływ na opisaną sytuację jest TS - szef kooperacji. Poza tym, że jest wyjątkowo rozgadany i towarzyski (jak na Fina), to mimo ponad półwiecznego stąpania po ziemskim padole (:-) jeździ tysiące kilometrów na motocyklu i bierze udział w wyprawach polarnych - w marcu zeszłego roku przeszedł (wraz z kilkuosobowym zespołem) Grenlandię w poprzek, na nartach! Ponad 650 km w ok. 30 dni, z ok. 100kg sankami za sobą - tutaj jest strona domowa wyprawy (wraz z dziennikiem podrózy) a na Picassie jest zestaw siedemdziesięciu kilku zdjęć z tej ekspedycji.

Powyższe potraktujcie jako zapowiedź mojego własnego cyklu o Grenlandii - początek za dzień lub dwa znajdziecie w zakładce "Grenlandia" u góry.

13:53, finzynier , w pracy
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010

Szwedzi zniosą parytety (punkty za płec) na uczelniach wyzszych, bo to niekorzystne dla kobiet - wynika z tego doniesienia. Ciekawe, że wspomina się o kierunkach sfeminizowanych a nie o tych zmaskulinizowanych (?) jak np. inzynierskich czy informatycznych juz nie / przeciez tam pewnie tez wielu facetów nie dostało się na rzecz dziewczyn z gorszymi wynikami. Żeby nie było nieporozzumienia - jestem przeciw parytetom, tak samo jak przeciw dyskryminacji. Tylko drażni mnie takie przedstawienie sytuacji.  A z pokrenej beczki - widział ktoś kiedyś meżczyznę-nauczyciela w przedszkolu ? (nie piszę o przedszkolaku czy przedszkolance, bo znam jedną nauczycielkę z przedszkola, która się strasznie na takie określenie wkurza, poniekąd słusznie, bo jest mgrem pedagogiki)

W końcu się zebrałem i kupiłem sobie narty. Biegowe oczywiście, bo zjeżdżac to w Finlandii specjalnie nie ma gdzie (poza Laponią). Już nawet wypróbowałem je w pobliskim parku i było świetnie - to nic, że leżałem już z 8 razy, ale jeszcze kilka dni i będę mógł powiedziec, że umiem jeździc.

 
1 , 2 , 3 , 4