Życie codzienne i projektowanie statków w Finlandii
Jestes gosciem numer:

Grenlandia

czwartek, 20 maja 2010

Dzień 3 – 1 grudnia 2005, czwartek

Fotorelacja: na Picassie (dziś tylko dwa zdjęcia, ciekawe, ale kiepskiej jakości)

Dzisiaj pracowicie się zaczęło – jest już 12.30 czasu statkowego a ja jestem pierwszy raz dłużej na mostku. Po kolei zaś – ok. 3.00 w nocy obudziły mnie SMSy – przez jakiś czas byliśmy w zasięgu nadajników na Szetlandach lub Orkadach. Skorzystałem ze sposobności i wysłałem kilka SMSow. Wyjrzałem przez okno i zobaczyłem światła na Szetlandach. Wstałem kilkanaście minut przed ósmą, pobiegłem na śniadanie a prosto po nim do biura przegadać zgłoszenia reklamacyjne ze Steenem, Clausem i Boernem (kapitanem). Rozmowa nie była łatwa, ale jakoś szło, o wiele sympatyczniej niż z Larsem przez telefon. O 10 zrobiliśmy krótką przerwę na kawę, w trakcie której pognałem na mostek zobaczyć z oddali pola naftowe Schiehallion (samego FPSO nie dostrzegłem) i Foinaven (z dobrze widoczną platformą półzanurzalną i FPSO Petrojarl oraz jednostką stand-by) – byliśmy wtedy na pozycji 60^15.9'N, 4^30.8'W, pole na północ od nas z 10 mil. Po powrocie ciąg dalszy claimów, tym razem już trochę luźniej, bo i claimy nowsze, nie do końca zbadane. W sumie trochę po 11 skończyliśmy, poszedłem przejść się wtedy po pokładzie, potem ze Steenem zrobiliśmy obchód drzwi wodoszczelnych i cieknących przejść kablowych, potem jeszcze zwiedziliśmy pod kątem reklamacji całą siłownię. I tak zszedł czas do 12, czyli lunchu. Teraz przyszedłem na mostek popisać i pogrzebać w papierach i plikach, zaplanować sobie pracę na nadchodzące dni oraz przygotować korespondencję do wysłania. Pogoda na zewnątrz jest znakomita, buja dziś zdecydowanie mniej, świeci słońce, jest 10 stopni na plusie. My wciąż kierujemy się kursem 293, zostało nam ok. 430 mil do wybrzeży Islandii (czyli niecałe 30h). Już wiem jak wysyłać maile, więc najpóźniej wieczorem wyślę kilka.

 No to mamy już 15.40, a ja wciąż na mostku. Robi się już szarawo, a my wciąż płyniemy na zachód (obecnie ok. 35 mil na południe od Wysp Owczych). Plan działania mniej więcej ułożony, kwestia grzania okien w sterówce rozpoznana, pogrzebałem w kabelkach z 45 minut ale bez rezultatu, coraz bardziej prawdopodobne, że błąd leży w samej szybie. Zaraz schodzę na dół wysłać maile, może jutro rano już dotrą do odbiorców. Zidentyfikowalem numer i przetestowalem faks satelitarny na mostku.

Po wysłaniu maili podszedłem do salonu (recreation room) doczytałem wtorkowy Puls Biznesu, obejrzałem album ze zdjęciami ze chrztu MARY, poczekałem na innych, wypiliśmy po tradycyjnym o 17 piwie, zamieniliśmy kilka grzecznościowych zdań ze Steenem (o żonę, mieszkanie), Claus potwierdził puszczenie na satelitę moich maili.

Skończyłem czytać zaległe gazety, jest 20, jak skończę uzupełniać dziennik to małą godzinkę poszperam w dokumentacji na temat różnych claimów zanim usiądę do czytania. W tle koncert Jarre'a, statkiem trochę mocniej kiwa, choć na szczęście głównie wzdłużnie. Właśnie wróciłem z mostka, tam trwała zmiana wachty, jesteśmy na pozycji 61^19.6' N i 9^28.6' W (czyli najbardziej na północ i zachód w moim życiu!!! - oba rekordy jeszcze wielokrotnie do pobicia w tej niezwykłej podróży). Wciąż płyniemy kursem 293 celując na południowe brzegi Islandii, zostało do nich 310 mil, czyli ok. 20.5h płynięcia (czyli jest szansa obejrzeć jutro przed zmrokiem brzegi Islandii !) Na mostku wyłączono sondę, płyniemy uczciwe 16.7-17.4 węzła, wiatr zmienny, głownie od rufy (tak wskazuje widoczny nad ładowniami dym z komina).

 

 

środa, 10 marca 2010

Dzień 2 – 30 listopada 2005, środa

Fotorelacja: na Picassie

Dzień zaczął się zupełnie spokojnie, pobudka ok. 7.30, za 10 ósma krótka wizyta na mostku  - sprawdziły się moje przewidywania, jesteśmy kilkanaście mil od brzegów Norwegii (w okolicach Kristiansand, 57^53.4'N, 8^26.7'E, kurs 273). Po śniadaniu powrót na mostek, trochę zdjęć, porządki w papierach, po 9 krótka wycieczka z Janem (1st officer) nt zasad bezpieczeństwa. O 10.30  próbne alarmy pożarowy i łodziowy. O 10.45 dotarliśmy na pozycję 57^56'N, 7^3'E czyli zwrot na kurs 292 (następny punkt zwrotny to rejon wyspy Fair, między Orkadami a Szetlandami – 59^42.3'N, 1^28'W, zostało do niego 285 mil, czyli ok. 20h). Z map wynika, że ok. Północy będziemy przepływali kilka mil od platform wiertniczych. W międzyczasie dostałem faksem swoją polisę ubezpieczeniową Po 12 zszedłem na lunch, przy nim rozmowa z Thorsenem z Lyngsoe. Po posiłku chciałem wziąć laptopa na mostek i popracować ciut na nim ale bateria pokazywała 4% i komputer się wyłączał. O 13.10 zszedłem więc na dół popisać dziennik, jak skończę to przymierzę się do wprowadzenia nowego software'u do rozdzielnicy sprężarek prowiantowych.

No to mamy 16.00, mniej więcej godzinę zajęło mi wprowadzenie nowego oprogramowania do sterownika rozdzielnicy sprężarki chłodni prowiantowej – zakończone sukcesem (nawet Claus mi pogratulował), choć tylko połowicznym, bo wciąż nie mogą uruchomić sprężarki no 2, zdaje się, że brakuje jakiegoś elementu elektrycznego w rozdzielnicy – sprawdzę w W9. Pozostały czas spędziłem na mostku i na rozmowie z Clausem (luźnej, prawie przyjacielskiej), a poza tym na utrzymaniu się na nogach, bo buja coraz mocniej (choć to tylko zachodnia martwa fala – swell) – nie wiem jak ostatecznie zareaguje mój żołądek, na razie lekko mi mdławo i czuję się lekko otumaniony. Jakoś to będzie. Za godzinę schodzę na piwo, a potem kolacja. 

Już po kolacji a żołądek działa normalnie (w odróżnieniu do Toerna z Lyngsoe:-) Przed 17 poczytałem sobie trochę nt Illulisat i Grenlandii w ogóle, przy piwie miła pogawędka z Clausem na niezobowiązujące tematy – umówiliśmy się na jutro rano na przegląd reklamacji. Steen zaoferował mi dostęp do poczty, więc pewnie za dzień czy dwa wyślę pierwszy zestaw maili.

 Przed 21 zjawiłem się w sterówce (początkowo chciałem tylko sprawdzić gdzie jesteśmy przed pójściem do salonu poczytać gazety, ale zostałem tam ponad godzinę – a wszystko przez wieże wiertnicze i wydobywcze, dosłownie kilka mil od nas ! - widoczne jak na dłoni oświetlone części przetwórcze, świecące mocno flary gazowe i jednostki Stand-by and rescue kręcące się wokół! Konkretnie o 22 byliśmy na pozycji 59^2' N, 1^53' E (nazywa się to Holene Walker Bank, ok 110 m głębokości), East Brae field (świetnie widoczne, chyba platforma posadowiona tzn gravity base) 11 mil od nas na azymucie 206, Balder i Ringhorne już za nami na azymucie 59, 17 mil (chyba FPSO), po prawej pola Harding i Bergen (ok. 13 mil, na 310 stopniach). Do zwrotu na dokładny zachód w okolicy wyspy Fair zostało nam 110 mil, czyli ok. 7.5h, więc raczej nie zobaczę ani wyspy, ani Orkadów czy Szetlandów, szkoda, może w drodze powrotnej. Aha, dziś pierwszy raz śpimy godzinę dłużej, jeszcze 3 takie zmiany przed nami (Grenlandia jest GMT-3).

 

poniedziałek, 22 lutego 2010

Dzień 1 – 29 listopada 2005, wtorek

Fotorelacja: na Picassie

Dzień zaczął się wcześnie, bo kilka minut po 5 rano. Po zaśnieżonych, ciemnych ulicach, z małym opóźnieniem podjechaliśmy z milczącą M. na lotnisko. Tam, jako spóźnialski i ostatni w kolejce zostałem delikatnie zjechany przez panią na check-inie, ale za to nie musiałem dopłacać za prawie 10 kg nadliczbowego bagażu. W związku z całą sytuacją szybko pożegnałem się z M. i pognałem do odprawy paszportowej (może to i lepiej, obyło się bez przedłużającego się, łzawego pożegnania).

 Lot jak to lot, bez historii, ciemno a potem chmury. Na moim ulubionym lotnisku w Kopenhadze długi marsz do bramki A34, kwadrans czekania i 30-minutowy lot do Aalborga. Jedynie końcówka lotu była ciekawa, ładnie było widać zarówno ujście rzeki nad którą leży Aalborg jak i samą MARY stojącą w porcie. Po wylądowaniu w taksówkę i kilka minut po 10 zameldowałem się na statku. Jeszcze przed przydzieleniem kabiny poszedłem na krótką wycieczkę po statku i spotkałem serwisantów z Towimoru. Ich usterka okazała się niegroźna i właśnie kończyli ją naprawiać. Gorn (schodzący kapitan) przydzielił mi kabinę pilota (905) na 9 pokładzie – czyli dokładnie ta której się spodziewałem i sobie wymarzyłem. Szybko rozłożyłem swoje szpargały po półkach i szufladach i poszedłem na bardziej gruntowny obchód (znanego już na pamięć) statku. Po drodze spotkałem Clausa z Larsem (raczej chłodne przywitanie), poza tym Petera. Chwilę pogadałem z Tommym, drugim oficerem pokładowym (sympatyczny gość) i pokręciłem się po statku. Potem powalczyłem trochę z laptopem (zachciało się laikowi aktualizować sterownik do karty graficznej:-). Ok. 13 poszedłem na pokład pooglądać podejście bunkierki BALTIC SWAN i rozpoczęcie operacji bunkrowania (w międzyczasie Lars oprowadza po statku wycieczkę ludków z technikum mechanicznego lub czegoś podobnego).

 W tym momencie jest 15.55, bunkierka wciąż przy burcie, na pokład wędruje powoli ostatnia warstwa kontenerów, podobno ok. 19 ruszamy. A teraz główne zadania przede mną to odpowiednie przedstawienie się załodze (najlepiej tak jak z Tommim) oraz, ewentualnie, rozmowa z Larsem (oby nie!!!).

 Właśnie minęła 18, wróciłem z kolacji (zupka z klopsikami, kotlet z warzywami w sosie). Przedtem pogadałem trochę z Clausem, dłużej z Kapitanem (Borge, czytają to jak Bowe) o pogodzie, lodach i innych drobiazgach. Poza tym ze starszym oficerem pokładowym (chief officer Hendrik) o kalkulatorze załadunku i napełnianiu zbiornika „flumen”. Przy pokolacyjnej kawie umówiłem się ze Steenem na pojutrze na przegląd reklamacji. Relacje z załogą jakoś sie układają, choć zdarza im się rzucić jakąś kąśliwą uwagę nt stoczni. Jakoś to będzie. Rozmowy z Larsem nie doczekałem, i dobrze, co miałbym mu powiedzieć? Pogrzebię teraz trochę w komputerze (czekając na smsową odpowiedź M.).

 Siedząc i grzebiąc przegapiłem moment odpalenia silnika głównego (o 19.45), ku memu zaskoczeniu już kilkanaście minut później rzuciliśmy cumy i prawie punktualnie o 20.00 odbiliśmy od nabrzeża portu w Aalborgu. Na mostku rządzi kapitan z pilotem, Tomi zarządza załogą pokładową. Po kilku zwrotach których wymagała krętość rzeki Langerak o 21.00 mijamy główki Hals i wypływamy na otwarte morze (mimo, że to właściwie Kattegat i mnóstwo płycizn dookoła). Gdzieś od 20.30 zapada gęsta mgła, wg obserwacji ok. 21.30 zasięg widzialności nie przekracza  pół mili. O 21.45 zsiada pilot i kapitan zostaje sam na mostku. Teraz czeka nas wielka pętla wokół północno-wschodniego cypla Danii, szacuję, że jutro jak wstanę na śniadanie (ok. 8.00) będziemy przy brzegach Norwegii (obieramy trasę północną, przez Wyspy Owcze i aż pod Islandię).

 Tyle wrażeń na dzisiaj, oj długi to był dzień.

niedziela, 31 stycznia 2010

Pierwsze trzy lata mojej pracy zawodowej spędziłem w biurze projektowym jednej z trójmiejskich stoczni. Pierwszym poważniejszym zadaniem było asystowanie głównemu projektantowi w czasie budowy kontenerowca ze wzmocnieniami lodowymi dla grenlandzkiego armatora Royal Arctic Line. Trochę wrażeń z tego zadania (oraz zdjęć) znajdziecie z czasem w zakładce "budowa kontenerowca" powyżej. Jak tylko zobaczyłem, że w kontrakcie jest wymóg wysłania przedstawiciela stoczni jako inżyniera gwarancyjnego na 3 miesiące na pokład statku zacząłem czynić starania, abym to ja został tą osobą. Udało mi się dopiąć swego, ale szybko przekonałem się, że sama funkcja jest dosyć niewdzięczna - musisz się tłumaczyć z każdego stoczniowego bubla, świecić oczami nie tylko za projektantów, ale i stoczniowych spawaczy, rurarz i elektryków jak i producentów zamontowanych na statku urządzeń. Poza upragnionym rejsem rozpatrzyłem ok. 170 reklamacji (w ciągu roku trwania gwarancji), kilkanaście godzin spędziłem na rozmowach telefonicznych z superintendentem (przedstawicielem armatora), tydzień zabrała mi wyprawa do Danii z brygadą elektryków , poza tym zawracałem głowę wielu ludziom w stoczni, którzy już dawno 'zapomnieli', że taki statek wogóle budowaliśmy. Na koniec statek przyszedł do naszej stocznia na dokowanie i załatwienie  ostatnich reklamacji, więc prawie tydzień biegania po stoczni aby zdążyć z wszystkim na czas. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że było warto, nie tylko ze względu na rejs, ale również ze względu na ogrom doświadczeń, których nigdy bym nie zdobył zza projektanckiego biurka.

Cykl Grenlandia2005 będzie relacją z trzygodniowego rejsu na trasie Dania-Grenlandia-Dania, który odbyłem jako przedstawiciel stoczni w listopadzie-grudniu 2005 roku. Ponieważ prowadziłem w czasie tej wyprawy dziennik/pamiętnik, każdy wpis poświęcę jednej dobie, czasem wrzucę jakieś zdjęcie, ale pełem zestaw zdjęć na każdy dzień umieszczę na Picassie, na dole notki będzie zawsze odnośnik do odpowiedniego katalogu. Wpisy będę lekko tylko zedytowaną wersją zapisków, więc pojawią się najprzeróżniejsze spostrzeżenia i uwagi, mam nadzieję, że ciekawe nie tylko dla mnie. Nie będę też ukrywać, że bardzo okrojona (do ok. 3 stron A4) wersja moich wspomnień z tej wyprawy ukazała się drukiem w miesięczniku Nasze Morze (numer 3/2006), ale ponieważ nie przekazywałem nikomu praw autorkich do tekstu czy zdjęć, więc nie widzę przeszkód, aby teraz pełną wersję wspomnień opublikować on-line.

Miłego czytania i komentowania, pierwszy odcinek już za kilka dni